piątek, 23 grudnia 2011

"Magia wiedźm" Claire


Nie będę ukrywać, że od dawna interesuję się magią, rytuałami, runami i tym podobnymi rzeczami. Swego czasu czytywałam wiele książek i artykułów z zakresu tej tematyki, ale jakoś nie potrafiłam odnaleźć w nich „czegoś”. Do dzisiaj nie mogę stwierdzić czego.
Do nabycia

W każdym razie w „Magii wiedźm” to znalazłam. Książka jest niesamowitym przewodnikiem po – nie ukrywajmy – magii samej w sobie. Ale tej dobrej, białej. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie wciągnie. Autorka, Claire, umiejętnie przekazuje czytelnikowi swoją wiedzą, zresztą niemałą, i przybliża mu przeróżnego rodzaju techniki. Znajdziesz w niej coś o medytacji, o zaklęciach miłosnych, o magii kamieni i kolorów.

Podejrzewam, że każdy znajdzie w niej coś odpowiedniego do własnego widzimisię. Ja szczególnie upodobałam sobie rozdział w którym omawiano zasady tarota oraz działania czakr. Pierwsze pewnie z tego względu, że swego czasu dużo temu tematowi poświęcałam czasu. Tarota sama chciałam uprawiać, jednak nie pozwolił mi na to własny strach. Czakry zaś są ciekawym elementem ciała każdego z nas i warto wiedzieć jak utrzymać je w dobrze skondensowanej równowadze.

Poza tym wszystkim Claire pokazuje nam dobre oblicza wiedźm, które przecież siłą rzeczy kojarzą nam się raczej z brzydkimi, wrednymi starszymi kobietami i złem, a nie z dobrocią. Książka ta ma za zadanie wskazać czytelnikowi odpowiedzi na kilka standardowych pytań, ale nie narzucać mu jednocześnie wyboru drogi. Sam musisz podjąć decyzje. I to jest w tym wszystkim najlepsze.

300 stron pozycji zaskakuje. Chyba tym, że na takiej ilości kartek dostajemy tak wielką masę informacji, którą o dziwo przyswajamy bardzo szybko. Po odłożeniu jej na półkę zaczęłam się zastanawiać nad tym, co przeczytałam. W głowie już układałam sobie plan medytacji i przygotowywania skromnych zaklęć.
Książkę mogę polecić osobą, które chcą urozmaicić sobie życie i znaleźć ciekawy sposób na udoskonalenie siebie. Claire udowadnia nam, że wystarczą dobre chęci, trochę zdrowego rozsądku i możemy odnaleźć w sobie to zaginione ziarnko.

Dodam jeszcze od siebie, że aby zachęcić was jeszcze bardziej, możecie w tej pozycji wyczytać jak używać kryształowej kuli, czytać z dymu albo posługiwać się wahadełkiem. Możecie też nauczyć się rzucać czary miłosne i komponować własne olejki.

I co o tym myślicie? Bo ja jestem całkowicie i pozytywnie zakręcona na punkcie tej książki. I wiecie co? Będę z tej wiedzy korzystać. A wiedźmy od dzisiaj będą dla mnie kojarzyły się jedynie z bielą i energią, dobrą i czystą energią.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Studia Astropsychologicznego.

5/6

***


Korzystając z okazji chciałabym Wam wszystkim życzyć spokojnych i rodzinnych świąt. Najważniejsze, byście byli zdrowi, zadowoleni z życia i szczęśliwi. Mam nadzieję, że spędzicie je w przyjemnej atmosferze, w gronie najbliższych, a pod choinką znajdziecie wymarzone prezenty :)
Wysyłam wam wirtualne uściski i najserdeczniejsze życzenia :)

wtorek, 20 grudnia 2011

"Sukkub" Edward Lee


Zanim wzięłam tę książkę do rąk, przeczytałam wiele różnych opinii na jej temat i w małym stopniu wyrobiłam sobie o niej swoją opinię. Muszę przyznać, że nawet w małym stopniu nie jest ona taka sama, jak po realnym przeczytaniu. „Sukkub” sprawił, że zjeżyły mi się włosy na głowie.

Ann Slavik jest odnoszącą sukcesy prawnik, która pozwala sobie na dostatnie życie. Niczego jej nie brakuje, w pracy otrzymała awans. Mieszka w pięknym apartamencie wraz ze swoim mężczyzną poetą, Martinem oraz nastoletnią córką, Melanie. Ann czuje jednak, że odgradza się od życia rodzinnego. Stany te pogłębione zostają przez nawiedzające ją koszmary. Kobieta nie wie, jak poradzić sobie z tą całą sytuacją. Awans w pracy pozwala jej na spędzanie więcej czasu z rodziną. Postanawia więc, że całą trójką wybiorą się na urlop do Paryża.

Niestety, plany te zostają przerwane przez wiadomość o chorobie ojca Ann.  Kobieta decyduje się na wyjazd do rodzinnego domu, do Lockwood. Ponowne spotkanie z apodyktyczną matką, która w dużej mierze odpowiada za obecne stosunki między Ann a Melanie, zdaje się być najgorszą rzeczą, jaka może spotkać Ann. W ślad za Slavikami i Martinem rusza Eric Tharp, zbiegły z zakładu psychiatrycznego mężczyzna.

Koszmary, jakie ma Ann coraz mocniej wprawiają ją w zakłopotanie. Nie może ich rozszyfrować. Jej frustracja z dnia na dzień staje się coraz większa. Czy Ann uda się odkryć, co się za nimi kryje? Co spotka w Lockwood? I jak tytułowy „Sukkub” będzie miał się do całości powieści?

Szczerze mówiąc przez długi czas nie mogłam pozbierać się po przeczytaniu książki. Strach, napięta atmosfera i okrucieństwo to zdecydowanie za mało, by opisać to, co autor nam serwuje.  Senne miasteczko Lockwood nosi w sobie znamiona typowe dla amerykańskich horrorów – małe, zamknięte społeczeństwo, w którym wszyscy wszystkich znają, mimowolnie napawa nas dziwnym strachem.

„Sukkub” nie jest książką lekką i przyjemną. Jest bardzo ciężka, trudna i dla wielu będzie wręcz odrzucająca. Sama nie wiedziałam w niektórych momentach na ile w stanie będę znieść te perwersje, opisy scen seksualnych – gdzie przyzwyczajona jestem do opisów miłości bądź co bądź subtelnych i delikatnych. Tutaj zamiast miłości dostajemy mocną dawkę pożądania i brutalności.

„Żywa legenda literackiego zniszczenia. Edward Lee pisze gustownie i cholernie mocno. Czytaj, jeśli się odważysz.” – Richard Laymon

W tych słowach nie ma ani grama przesady. Czytelnik zapoznawszy się z tytułem już wie, że czeka go niecodzienna podróż w głąb ludzkiej psychiki ale nie tylko. Sukkuby jak wiadomo są to piękne kobiety, demony seksu. W książce autor przedstawia nam obraz zdominowanych mężczyzn, sprowadzonych wręcz do roli niewolników i sług. To kobieta ma władze nadrzędną i ma prawo zrobić z tobą co tylko zechce.

Postać Ann była dla mnie niesamowicie ciekawa i złożona. Jej frustracje, strach, koszmary, zachowanie względem córki i Martina – to wszystko sprawiało, że stała się dla mnie wielowymiarowa. Jej historia do samego końca trzyma w napięciu i czytelnik nie wie, co się z nią stanie. Sam Martin jest mi bliski. Pewnie przez to, że pisuje poezje. Co do mieszkańców miasteczka – wprowadzali napiętą atmosferę do książki. Nie wiedziałam, czy powinnam ich polubić czy znienawidzić.

„Sukkuba” polecam czytelnikom o mocnych, wręcz żelaznych nerwach. Bo ta książka sprawi, że na długo zapamiętasz czym jest perwersja, zniszczenie i strach. Strach, który wprawi cię z rozkosz i brutalnie zrzuci na ziemię.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Replika.

6/6

poniedziałek, 19 grudnia 2011

"Rozmowy z niebem" James van Praagh


Zawsze wierzyłam w karmę i reinkarnację. Nie jest to może dobre dla osoby wychowywanej w duchu chrześcijańskiej wiary, jednakże już tak mam. Do „Rozmów z niebem” podchodziłam więc z wielkim zainteresowaniem, mając nadzieję, że autor przybliży mi wiele kwestii dotyczących życia po śmierci.
Do nabycia

Lekcja, której udzielił mi James van Praagh zostanie we mnie na bardzo długo. To normalne, że obawiamy się nieznanego. To całkowicie normalne, że przeraża nas wizja śmierci – naszej albo bliskich nam osób. Po tej książce zrozumiałam w pełni, świadomie, całkowicie, że to nie jest koniec. Że śmierć wcale nie musi nieść za sobą tylko bólu i cierpienia, że może być czymś w rodzaju cudu. Każdy z nas udoskonala się. Każdy robi to na swój określony sposób.

„Będąc w strachu , nie możemy jednocześnie żyć z miłością i pośrednio żegnamy się w ten sposób z życiem pełnym kreatywności i wydajności.(…) Jednym z największych ludzkich lęków jest lęk przed stratą.”

James van Praagh próbuje wskazać czytelnikowi drogę, na której jesteśmy w stanie sami odnaleźć odpowiedzi na nurtujące nas pytania, pokazuje w jaki sposób żyć w zgodzie ze sobą i swoimi duchowymi przewodnikami.

Ciekawą częścią tej książki są seanse, które James va Praagh przeprowadzał. Niektóre mocno chwytające za serce, inne zabawne, a jeszcze inne tragiczne. Każdy z nich wywarł na mnie wrażenie, jednakże chciałabym się odnieść do jednego, który szczególnie mnie poruszył. Chodzi mi o mężczyznę, który chciał 50-siątą rocznicę ślubu spędzić ze swoją zmarłą żoną. I wiecie co? Udało mu się. To dla mnie było niesamowite – przeczytać o tym, jak siedemdziesięciu letni człowiek odnajduje ukojenie, może porozumieć się z własną żoną i ponownie powiedzieć jej, jak bardzo ją kocha.

„Rozmowy z niebem” są książką niezwykłą, dającą nadzieję i wiarę. Autor, moim skromnym zdaniem, zrobił kawał dobrej roboty. Trudno jest pisać o świecie duchów, by nie wywołać niepotrzebnie śmiechów i raczej powątpiewania. Van Praagh poradził sobie z tym doskonale.

„ Duchy nieustannie są wkoło nas i chociaż niektóre są w stanie połączyć się z nami bez większych wysiłków z naszej strony, innym może to sprawić trudność. Wszyscy w pewnym stopniu jesteśmy mediami.”

Ja odczytuje tę książkę jako pewne stadium do udoskonalania siebie. Autor przekazuje nam swoją wiedzę na ten temat, ale jednocześnie pozostawia wybór. Nie jesteśmy skazani na jego wersję zdarzeń, wręcz przeciwnie. James van Praagh stara się udowodnić, że sami tworzymy siebie, przy delikatnym ukierunkowaniu duchowych przewodników.

Uważam, że świadomość obecności w naszym życiu kogoś, kto stara się nam pomóc, jest całkowicie przyjemna. „Rozmowy z niebem” zaliczam do lektur, które wiele wniosły w moje postrzeganie świata. Tym razem dowiedziałam się dużo więcej na temat metafizycznego świata. I z tą wiedzą jest mi naprawdę dobrze. 

Polecam książkę każdemu, bez względu na wiek. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Nawet jeśli jesteś sceptykiem i nie wierzysz w to, spróbuj - a może jednak lektura ta otworzy ci oczy na pewne sprawy, może nie. Ale spróbuj, bo warto.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Studia Astropsychologicznego.

5.5/6

sobota, 17 grudnia 2011

"Kod Atlantydy" Charles Brokaw


Kiedyś bardzo mocno fascynowałam się przygodami Indiany Jones'a, później ten zachwyt na jakiś czas przeszedł na Dana Browna i jego "Kod Leonarda da Vinci". Spowodowane to było moim zamiłowaniem do ciekawych i pasjonujących przygód oraz zagadek. Jako, że swego czasu byłam fanką powyższych panów, teraz, do rąk wziąwszy  książkę Charles?a Brokova, ponownie stwierdziłam, iż to zauroczenie nadal we mnie jest.

Historia kręci się wokół Thomasa Lourdsa, znanego profesora lingwistyki na uniwersytecie w Harvardzie. Gdy został zaproszony do Aleksandrii do programu telewizyjnego, długo zastanawiał się nad tym czy ową propozycję przyjąć. W końcu za namową dziekana i współpracowników, zgodził się. W jego ręce trafia osobliwa rzecz ? dzwonek. Najdziwniejsze w nim są inskrypcje, których Lourds nie jest w stanie odczytać. Frapuje go to na tyle, iż postanawia poznać język i przeczytać przesłanie. Kiedy dochodzi do tego wniosku, na niego oraz ekipę telewizyjną,  napadają złoczyńcy, kradną przedmiot i zabijają jednego człowieka. 

W Rosji, przyjaciółka Thomasa, również profesor, Julia Hapajewa, pracuje nad odkryciem zagadki talerza. Okazuje się, że tekst na nim widniejący jest napisany w tym samym języku, co  na dzwonku. Odkrycie to jest powodem kolejnego ataku, tym razem kończy się on nie tylko rabunkiem, ale i ofiarą śmiertelną. Lourds postanawia odkryć  sekret, tkwiący w skradzionych przedmiotach. Powoduje nim nie tylko chęć poznania prawdy, lecz także chęć dokończenia dzieła rozpoczętego przez Julię. Czuje, że jest jej to winny. Tym sposobem on, piękna pracownica telewizji Leslie, Gary oraz Natasza - siostra Julii, wyruszają w podróż, mającej na celu odsłonięcie tajemnicy, która może wstrząsnąć całym światem. Gdy dodamy do tego fanatycznego i chciwego kardynała, pragnącego zostać papieżem, by przywrócić na świecie ład oraz ludzi dla niego pracujących, nie cofających się przed niczym, otrzymujemy solidną dawkę akcji.

"Kod Atlantydy" czyta się niesamowicie szybko. Jak już rozpocznie się "pochłaniać" pierwszą stronę trudno oderwać się od tej historii. Może to przez to, że akcja jest wartka, szybka i napięta niczym cięciwa łuku. Co rusz odkrywamy wraz z bohaterami odpowiedzi, by na kolejnym rogu zastać jedynie pytania. Autor umiejętnie buduje fabułę, z początku subtelnie wprowadzając nas w zaistniałą sytuację,  lecz później rozpoczyna lawinę zdarzeń, która nie kończy się aż do ostatniej kartki. Podoba mi się to, iż nie ma momentu kulminacyjnego - on w sumie  trwa przez całą powieść. Nie jestem w stanie powiedzieć, w jakim momencie przestałam oddychać, robiłam to tak często, że nie mogę zliczyć.

Ponadto muszę przyznać - postacie są niesamowite. Mocno zarysowane, diametralnie się od siebie różniące, co tylko przyczynia się do  nabierania kolorów przez powieść. Ulubionymi przeze mnie bohaterami są Natasza i Gary. Pierwsza osoba to rosyjska policjantka, która rusza w podróż wraz z profesorem, by wytropić zabójcę siostry. Okazuje się bardzo pomocna i nie raz  pomaga innym  w sytuacjach bez wyjścia. Jest kobietą silną, potrafiącą o siebie zadbać, z niezłomną wolą i determinacją. Lubię ją za to, że się nie poddawała. Mimo tego, iż  czasami wychodziła z niej szorstkość i chłód, odbieram ją jako kogoś, kto nigdy nie zaprzestanie  walki, aż do osiągnięcia celu. Gary za to jest postacią trochę pominiętą w książce, jednakże zdobył mnie poczuciem humoru oraz lojalnością. Nawet kryzysowe sytuacje, w których nie do końca wiedział jak się zachować, nie były w stanie go powstrzymać. Najmniej polubiłam Leslie. Z początku budziła (jedynie) sympatię, cała reszta wyszła później, więc nie będę psuć wam zabawy. Główny bohater jest postacią dość ciekawą. Pociąga mnie w nim jego wiedza, zapał do odkrywania nauki i sposób bycia. Nigdy nie ukrywał, że praca jest dla niego najważniejsza.

"Kod Atlantydy" nie porównuję do wcześniej przeze mnie wymienionych pozycji. Jest ona inna,  w każdym calu. Czytelnik, który lubi przygodę, wartką akcję, piękne kobiety i naukowe tajemnice odnajdzie w niej wszystko, czego pragnie. Ja jestem zachwycona lekturą i mam cichą nadzieję, że przeczytam coś jeszcze tego autora.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa

5/6

czwartek, 15 grudnia 2011

Stosik grudniowy plus ogłoszenie

Wiecie, jak to jest. Na dworze zimno, ale śniegu nie ma. Jednakże miłe niespodzianki się zdarzają. I takim oto sposobem wróciłam dzisiaj do domu ze studiów i czekały na mnie piękne książki :)


Od góry:
1. Rozmowy z niebem - James van Pragh - do recenzji ze Studia Astropsychologii.
2. Jack Ketchum - Królestwo spokoju - do recenzji od portalu DużeKa
3. Magia wiedźm - Claire - do recenzji ze Studia Astropsychologii
4. Sukkub - Edward Lee - do recenzji od wydawnictwa Replika
5. Rozkoszne 2 - antologia opowiadań - do recenzji od wydawnictwa Replika
6. Złodziej pioruna - Rick Riordan - prezent od koleżanki
7. Kod Boga - Gregg Braden - do recenzji ze Studia Astropsychologii
8. Czas pokaże - Jeffrey Archer - do recenzji od portalu DużeKa

Tak więc mam co robić :)

A teraz małe ogłoszenie:


„Pamiętacie Bajkę O Dziewczynce Z Zapałkami? Te Święta Dla Wielu Nie Muszą się tak Skończyć!”



Pomimo, iż Unia Europejska jest jednym z najbogatszych rejonów na świecie, to 17% Europejczyków ma tak ograniczone dochody, że nie może zaspokoić podstawowych potrzeb życiowych.
„Wykluczenie społeczne”, podobnie jak „społeczeństwo obywatelskie”, jest obecnie najpopularniejszym i najczęściej używanym terminem w sferze działalności organizacji pozarządowych, socjologii, polityki społecznej. Wykluczenie jest odmieniane przez wszystkie przypadki, na walkę z nim wydawane są miliony złotych (w skali świata miliardy dolarów)

tymczasem nic się nie zmienia, wręcz przeciwnie, osób wykluczonych jest coraz więcej i to nie tylko w Polsce, ale na całym globie.” * (Marcin Janasiak)

wtorek, 13 grudnia 2011

"Ja, którym chcę być. W poszukiwaniu Bożej wersji siebie" John Ortberg


John Ortberg jest amerykańskim pisarzem, można go nawet nazwać kaznodzieją, a tematyka jego książek to duchowość chrześcijańska. Wzięłam do rąk „Ja, którym chcę być. W poszukiwaniu Bożej wersji siebie” z czystej ciekawości.

I z jednej strony się zawiodłam, zaś z drugiej zostałam wplątana trochę w jego filozoficzne myślenie. W każdym razie autor próbuje nam pokazać drogę do tego, jak w codziennym życiu, tej wiecznej bieganinie za szczęściem, za pieniądzem czy tez władzą, odnaleźć miejsce dla Boga. Jak sprawić, by stał się częścią naszej egzystencji.

„W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk.”

Muszę przyznać, że niektóre dociekania autora i sposób ich przedstawienia czytelnikowi okazały się dla mnie ciekawym doświadczeniem. Jestem osobą wierzącą, ale bardzo mało praktykującą. Jest ku temu wiele powodów, dlatego w gruncie rzeczy bardzo obawiałam się, że ta książka stanie się dla mnie poradnikiem – jak unikać Boga. Ale po przeczytaniu jej doszłam do pewnej dość trafnej, według mnie, analizy. Książka ta nie jest dla osób, które wierzą. Jest raczej dla tych, które chcą wierzyć bardziej, dla tych, którzy chcą swoje życie w jakiś sposób podporządkować wyższej sile.
Odnalazłam kilka perełek, które odnoszę do siebie. Odnalazłam tez kilka bardzo ciekawych aspektów poruszanych przez autora, o których wcześniej nie miałam zielonego pojęcia. Poradnik ten potraktowałam stricte poradnikowo.

czwartek, 8 grudnia 2011

"Motyl" Lisa Genova


„Boleśnie prawdziwa. Tak prawdziwa, że nie mogłam zasnąć przez kilka kolejnych nocy. Nie byłam w stanie się od niej oderwać”
Brunonia Barry, autorka „Wróżby z koronek”

Lisa Genova to młoda pisarka. Wielu powiedziałoby, że zbyt młoda, by pisać na takie tematy. Ja uważam, że przygotowując się do tej książki musiała zaciągnąć wielu opinii, przeczytać masę artykułów i publikacji oraz sama na własne oczy zetknąć się z problemem. Pod względem merytorycznym nie można jej niczego zarzucić.

„Motyl” to opowieść o Alice Howland, pięćdziesięcioletniej kobiecie, która jest wykładowcą akademickim na Harvardzie ze stopniem doktora z zakresu psychologii kognitywnej. Posiada niesamowitą wiedzę, studenci ją uwielbiają, koledzy z branży podziwiają. Bierze czynny udział w konferencjach, zjazdach, sympozjach. Życie osobiste Alice jest spokojne – niczego jej nie brakuje. Mąż, John, wspiera ją w naukowej drodze, ponieważ sam też jest w rozkwicie swoich możliwości intelektualnych i rozumie żonę. Mają trójkę dorosłych już dzieci. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nic nie jest w stanie zniweczyć ich szczęścia.

Pewnego dnia Alice zauważa u siebie zaniki pamięci. Raz nie może przypomnieć sobie gdzie zostawiła telefonu, by kolejnym zgubić się w mieście podczas rytuału biegania. Z początku wszystko zrzuca na karb menopauzy, jednak po spotkaniu z lekarzem a potem wizycie u neurologa dowiaduje się, że to coś bardziej poważnego. Wyniki badań niezbicie wskazują na to, że Alice dotknął Alzheimer o wczesnym początku. Diagnoza sprawia, że cały jej świat zostaje wywrócony do góry nogami. Długo wzbrania się przed powiedzeniem o niej mężowi, bojąc się jego reakcji, odruchu politowania. W końcu dłużej nie może milczeć, gdy symptomy są coraz częstsze i cięższe. Alice w nowym położeniu musi poradzić sobie ze świadomością, że niedługo nie będzie już sobą, że może nie pamiętać o swoim mężu, o tym, że ma cudowne dzieci albo gdzie mieszka. Boryka się z wieloma dręczącymi ją obawami, a co gorsze, wydaje się, że jest z tym zupełnie sama.

„Motyl” wywołał we mnie wiele sprzecznych uczuć. Początkowo czytając o poukładanym życiu Alice, nawet pewnej stagnacji, bo wszystko zdawało się być rytuałem, nie mogłam uwierzyć, że osoba o jej intelekcie i fizycznej sprawności może zapaść na taką chorobę. Lisa Genova pokazuje nam, że nikt nie może uchronić się przed losem. Brutalnie wtacza w nas prawdę – życie jest okrutne i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy zaatakuje. Alice musiała poradzić sobie nie tylko z chorobą, ale z życiem, które straciła. Otoczona kochającą ją rodzina, i tak nie jest rozumiana. Żadne z nich nie jest w stanie pojąć jej uczuć. W tym wszystkim tak naprawdę jest osamotniona – bo to ona musi sobie radzić ze strachem, z poczuciem zagubienia, z bezradnością, która coraz częściej zaczyna ją otaczać. To ona musi uporać się z utratą własnej tożsamości.

Książka napisana jest od strony pacjenta, dzięki czemu poznajemy to, co Alice czuje, jak bardzo próbuje dać z siebie wszystko, by nie zawieść męża i dzieci. Bierze udział w badaniach klinicznych, zażywa leki, ćwiczy pamięć. Robi to, zachowując uśmiech na ustach, nie poddając się. Alice walczy. Ze wszystkich sił. Genova ukazuje nam portret kobiety, która mimo przeciwności losu, nie daje się podciąć. Nie chce. Nie może. Osobiście chyba to najbardziej złapało mnie za serce. Niezłomna wola walki.
Ale oprócz Alice moja sympatia przelała się również na postać jednej córki – Lydii. To osoba, która robiła wszystko na opak. Jeśli ktoś stawiał na prawo, ona wybierała lewo. Nie chciała iść na studia, jej marzeniem było zostać aktorką. Jej decyzja sprawiła, że na długo popadła w konflikt z matką. Gdy dowiedziała się o jej chorobie, chyba jako jedyna traktowała ją tak, jak zawsze. Rozmawiała z nią o Alzheimerze, dowiadywała się o jej uczucia, a co najważniejsze, nie podejmowała za nią decyzji, jak gdyby Alice nie była zdolna do wyrażania własnych odczuć. Lydia był tą, którą powinien być John, maż. To postać, której nie potrafię zrozumieć. Ale jego postępowanie zostawiam ocenie czytelników.

„Motyl” kazał mi zadać sobie kilka istotnych pytań, na które nie ma dobrych odpowiedzi. Dlaczego to spotkało właśnie mnie? Zmusił do refleksji nad sensem naszego istnienia. Nauczył i pokazał drogę. Ale co gorsze – w sposób mocny jeszcze bardziej uświadomił mi, że Alzheimer to bezlitosna choroba, której okrucieństwo polega na zabieraniu nam tego, co nas tworzy. Wspomnienia o osobach, które lubimy, pamięć o tych, których kochamy. Zabiera nam to, z czego się składamy, to, z czego zostaliśmy ulepieni. Zabiera nam sens istnienia.

Genova uświadomiła mi też, jak bardzo silną kobietą była Alice. Jak niezrównanie ciężko musiało jej być, gdy zostawiała swoją pracę, gdy liczyła się z tym, że jutro może nie rozpoznać własnego męża. Jak nadzwyczajnie mocno starała się jak najdłużej być sobą.
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to książka fenomenalna. Czytałam na jednym wdechu, gdzieniegdzie roniąc łzy, gdzieniegdzie się przez nie uśmiechając. Na długo wypaliła we mnie swój osobisty znak. Co dziwne, ostatnie pytanie, jakie przemknęło mi przez myśl po zakończeniu lektury, nie było : dlaczego? A:
Ile miłości w sobie mieścisz?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu DużeKa.

5.5/6

niedziela, 4 grudnia 2011

"Przepis na łapanie motyli" Ewa Zadara


Pierwsze, o czym muszę wspomnieć, to wspaniała okładka tej książki. Od razu zwróciła moją uwagę subtelnością, polotem i kobiecością. Tytuł książki już w pewnym sensie naprowadzał mnie tory, jakimi mogła powieść się potoczyć. To moje pierwsze spotkanie z Ewą Zadarą, ale będę je wspominać miło.
„Przepis na łapanie motyli” opowiada historię Eweliny, statecznej żony i matki, kobiety w kwiecie wieku, która poświęciła kiedyś swoją karierę dla rodziny. Wtenczas wydawało jej się, że postępuje dobrze, obecnie zaczyna żałować swoich decyzji. Mimo szczęścia, jakie posiada – nie zawsze trafia się na męża, który cię szanuję i nie zawsze ma się syna, który czasami podejdzie do ciebie po radę – zaczyna odczuwać, że czegoś jej w życiu brakuje. Na początku sama nie jest w stanie uzmysłowić sobie czego tak naprawdę potrzebuje jeszcze. Postanawia więc coś zmienić, wziąć sprawy w swoje ręce i odzyskać choć namiastkę utraconego czasu.

I w pewnym momencie spotyka na swojej drodze młodego, przystojnego mężczyznę, który sprawia, że Ewelina odżywa, zaczyna odczuwać, że w pewnych sytuacjach różnica wiekowa nie ma znaczenia. Mimo protestów koleżanek, Ewelina wdaje się z nim w romans, nie wiedząc jakie konsekwencje może przynieść. Po prostu chce znowu żyć, pełną piersią, chce czuć się pożądana i atrakcyjna.

Książka Ewy Zadary jest lekturą lekką i przyjemną, idealną, gdy człowiek nie chce zbyt dużo myśleć przy czytaniu. Nie jest to bynajmniej uwłaczające, w tym wypadku powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. Przez „Przepis na łapanie motyli” nie brnie się jak w zimowy śnieg, ale unosi się bardzo szybko. Napisana jest prosto, co nie znaczy źle. Napisana jest w sposób przystępny, nie udziwniający, jak to zazwyczaj współcześnie się dzieje. Zarzutem tutaj może być trochę wolno rozwijająca się akcja. Na początku trochę mnie to irytowało, później przestawiłam się i pojęłam, że taki chyba był zamysł autorki. Spokojne wprowadzenie, ukazanie życia Eweliny od kuchni, aż do momentu, gdy podejmuje decyzje o zmianie. Jest to może i celowy zabieg, może nie.

Co do postaci w książce mam dwie ulubione. Jedną z nich jest Halina. Niesamowity kontrast dla Eweliny. Żyjąca z dala od miasta, uwielbia naturę i próbuje to zaszczepić w Ewelinie. Bez skutku, ale nie w tym rzecz. Halina jest ciekawą postacią z kilku względów. W książce obserwujemy nie tylko metamorfozę Eweliny, ale i jej przyjaciółki. Z początku nie ufnie nastawiona, z czasem zaczyna nabierać w sobie odwagi, aż decyduje się wyjechać do Hiszpanii. Jak na taką osobę, jest to krok dość niezwykły. Drugą postacią, i chyba tutaj mogę was zaskoczyć, jest Grażyna. Jak dla mnie jest to zagubiona kobieta, która nie do końca potrafi poradzić sobie z problemami. Nie do końca też potrafi odnaleźć się w swoim własnym świecie. Z jednej strony jest to może i tragiczne, z drugiej – widzimy w jej relacjach z Eweliną – przyjaźń potrafi przezwyciężyć wszystko.

Odniesienie tytułu do książki można rozumieć dwojako. Na kartkach pojawia się naukowy przepis na łapanie motyli. Ale niekoniecznie taki musiał być zamysł autorki. Ja bardziej kojarzę to ze stateczną kobietą, zdobyczą niezwykłą, trudno dostępną. Mężatki przecież nie często pragną romansu, zazwyczaj są szczęśliwe w swoich związkach. Dla młodych mężczyzn zdobycie starszej od siebie partnerki jest więc takim „łapaniem motyli” – pięknych, trudnych motyli.
„Przepis na łapanie motyli” to książka dla kobiet o kobietach. Lekka. Nieciążąca. Miejscami zabawna, miejscami smutna. Jak życie. Historia o potrzebie zmiany, o pragnieniach, w pewnym sensie o miłości i przyjaźni. Lektura na chłodne, jesienne wieczory.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Replika.

4.5/6

wtorek, 29 listopada 2011

"Klasztor" Panos Karnezis


„Klasztor” Panosa Karnezisa brałam do rąk z lekkim niepokojem. Był on spowodowany treścią, o której utwór traktuje. Osobiście nie przepadam za bardzo za wątkami religijnymi, których, po samym tytule, w książce nie brakuje. Ale do rzeczy.

Klasztor Matki Boskiej Miłosiernej to miejsce, w którym kobiety odnajdują spokój. Życie, które wiodły za murami zostaje w tyle, zostaje zapomniane, a cała ich przyszłość zostaje wręczona Bogu. Siostry pracują, modlą się, mają swoje zadania. Wszystko toczy się powolnym torem, wyznaczanym przez godziny wstawania, godziny modlenia się. Coś się jednak zmienia.

Pewnego dnia siostra Lucia znajduje na progu dziecko. Małe, kwilące, niewinne dziecko. Informuje o tym od razu matkę przełożoną, Marie Ines, robi to z przestrachem i bojaźnią. Dziecko jest chłopcem. Jako że klasztor Matki Boskiej Miłosiernej to klasztor żeński, obecność płci przeciwnej – nie ważne jest, że to dziecko – stanowi wielki problem. Gdy matka przełożona pierwszy raz bierze niemowlę na ręce, doznaje olśnienia. Jest pewna, że to cud, który zesłał Bóg, aby mogła w końcu odpokutować grzechy przeszłości. Bo otóż Marie Ines nie od zawsze marzyła o oddaniu swojego losu w Boże dłonie. Kiedyś była młoda, miała własne marzenia, wiodła inne życie. Pewne tragiczne wydarzenia zdecydowały o jej przyszłości. Teraz, widząc małego chłopczyka doznaje olśnienia. Za wszelką cenę chce go zatrzymać i wychować na porządnego człowieka. Mimo szczerych chęci, na swojej drodze napotyka wiele przeciwności. Nie wszystkie siostry zakonne widzą w tym wydarzeniu cud – wręcz przeciwnie, pojawienie się chłopca zaczyna być postrzegane jako dzieło Szatana. Ponadto jedna z sióstr nosi w sobie pewien wielki sekret, który wychodząc na jaw, może przysporzyć nieprzyjemności, ba, nawet skandal. Co więc stanie się z dzieckiem? Jaką decyzję podejmie matka przełożona?

Powieść Karnezisa porusza problemy, do których zwykły śmiertelnik, taki jak na przykład ja, nie ma wstępu. Są to tematy zakazane, często ukrywane, tematy tabu, które interesują na właśnie ze względów nieobwieszczania ich. Kościół, zakony oraz ludzie, którzy oddali się na posługę Bogu są postrzegani jako wysłannicy Najwyższego, a więc od razu zyskują szacunek, a ich podłoże moralne prawie nigdy nie jest negowane. Z góry zakładamy, że nie są w stanie popełnić żadnego grzechu, który mógłby złamać złożonego przez nich śluby. Karnezis w swojej książce pokazuje nam ich życie „od kuchni”, z wielką dbałością o szczegóły. Piszę tak, bo wydaję mi się, że faktycznie tak jest. Mimo wszystko nie jestem w stanie ocenić prawdziwości przekazanych przez niego faktów, nie mniej jednak jestem w stanie w to uwierzyć. A to już sukces.

Powieść porusza też stany uczuć. Atmosfera niepokoju towarzyszy czytelnikowi od samego początku i nie opuszcza go, aż do samego rozwiązania zagadki pojawienia się chłopca. Ale nawet i potem jest wszechogarniający. Niepokój ten jest wywołany nie tyle miejscem, w które dziecko trafia, a samymi siostrami zakonnymi. Ich postępowanie niekiedy odbiega od tego, które zwykliśmy sobie wyobrażać lub też widzieć na własne oczy. Klasztor zostaje zmieniony. Dziecko staje się tutaj obiektem, który wyzwala w siostrach różne cechy charakteru – niektóre dobre, niektóre złe, ale nie pozostają obojętne. 

Jak dla mnie książkę czytało się dobrze. Nie mniej jednak nie zachwyciła mnie. Podejrzewam, że to raczej wybrany przez autora temat nie przypadł mi do gustu, gdyż sam styl Karnezisa jest bez zarzutu. Książkę czyta się szybko, a słownictwo, którym operuje Karnezis jest pozbawione patosu.

„Klasztor” polecam tym czytelnikom, których pociąga religijna tematyka oraz tym, którzy chcieliby poznać zakamarki ludzkiej duszy. Ciemne zakamarki ludzi, którzy winni służyć nam za wzór. Jak dla mnie – książka jest dobra. Nie zachwycająca, nie łapiąca za serce, a dobra. Mimo wszystko nie żałuję czasu nad nią spędzoną.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Replika.
3.5/6

sobota, 26 listopada 2011

"Kamuflaż" Ewa Ostrowska


Książka Ewy Ostrowskiej zainteresowała mnie samym tekstem na tylnej okładce. Początkowo myślałam, że będzie to prosty kryminał, z szybkim rozwiązaniem, ba, może nawet prędko dojdę do tego, kto jest mordercą. Ale tak się nie stało i zostałam mile rozczarowana.

Nevada. Spokojne miasteczko, w którym każdy każdego zna. Ludzie żyją w przeświadczeniu, że mijany na ulicy sąsiad jest przyjacielem, pani z warzywniaka obok zawsze posłuży radą a uczynny doktor nigdy nie odmówi pomocy. Żyje się tutaj jak w idyllicznym, wyśnionym wręcz świecie, gdzie nie ma miejsca na demony i zło. Wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy ktoś porywa syna Hellen i Willa Barkinsów, Patricka, spod czujnych oczu rodziców. Akt ten dokonuje się w dzień, kiedy chłopiec bawił się w piaskownicy przed domem, w momencie, gdy ojciec czytał gazetę na tarasie, popijając kawę, zerkając na syna. Kilka dni później Hellen znajduje w piaskownicy manekina złudnie przypominającego jej zaginionego synka. Wybiega z wypisaną w oczach radością, mając nadzieję, że koszmar już się skończył. Gdy orientuje się, że to nie dziecko, a na głowie manekina znajduje się skalp z włosami synka, popada w depresję. Jak mogło do tego dojść? Kto tak okrutnie znęca się nad zrozpaczonymi rodzicami? Jakim cudem udało się zbrodniarzowi wykraść dziecko w biały w dzień?

Tego ma zamiar dowiedzieć się szeryf Haig, detektyw Peters oraz sporządzająca profile Jennifer Whitaker. Z początku ich praca idzie opornie, nie mogą się dogadać, dochodzi do wielu spięć, jednak z czasem potrafią sobie zaufać. Haig, jako osoba mieszkająca w Nevadzie, znająca mieszkańców, ma tym trudniejsze zadanie, bo w świetle dowodów okazuje się, że osoba stojąca za morderstwem, jest jedną z wielu mijanych przez lata na ulicach. Jest jedną z nich. Co gorsza, brutalnie i w pełni świadomie dokonuje zbrodni. Haig ma mało czasu, by odkryć kim jest. W trakcie śledztwa na jaw wychodzą ciemne sprawy szanownych mieszkańców Nevady. Nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Morderca nie śpi i wkrótce dochodzi do kolejnej tragedii. Wstrząśnięte tragedią miasteczko nie spodziewa się tego, co ma dopiero nadejść. Czy Haigowi uda się dotrzeć do prawdy?

Osobiście książkę czytałam z wypiekami na twarzy, nie wiedząc, czego mogę się spodziewać na następnych kartkach. Początkowa jednostajność narracji wprowadza czytelnika w sielankowość miasteczka, by później nagle zburzyć ten obraz brutalnością i okrucieństwem. Obrazy przedstawiane przez Ostrowską są niesamowicie sugestywne. Czytelnik zaczyna się zastanawiać nad tym czy to jest możliwe, by ktoś był zdolny do takich czynów.

Co do postaci trudno jest je ocenić. Są zróżnicowane na niemal każdym poziomie. Początkowo pałałam sympatią do wspomnianej wcześniej Hellen. Wydawała mi się osobą spokojną, zdystansowaną, nieco pedantyczną. Była kochającą matką i żoną. W miarę czytania moja sympatia przypadła w udziale Haigowi. Sam nie miał łatwego życia, jednak nie zatracił w sobie nadziei na dobre zakończenie i uparcie brnął w śledztwo, ze wszystkich sił starając się odnaleźć oprawcę. Poświęcał temu każdą minutę, jego myśli wypełnione były jednym celem : udaremnić kolejne morderstwa. Nawet Peters, szorstki w obyciu, raczej nieprzyjemny detektyw okazał się osobą z krwi i kości. Co do charakteru samego mordercy – powiem jedynie, że byłam w ciężkim szoku. Ostrowska z mistrzowską precyzją skonstruowała potwora, wnikając w jego psychikę, przedstawiając w sposób niejednoznaczny. 

„Kamuflaż” to książka dla osób o zdecydowanie mocnych nerwach. Wciąga od pierwszej kartki i nie przestaje nękać, aż do samego końca. Tajemnice nasilają się w tempie ekspresowym, autorka co rusz wprowadza nowe fakty, które zamiast rozjaśnić sprawę, tylko ją gmatwają, a morderca może być kimkolwiek. Co najgorsze na ofiary wybiera niewinne dzieci, co jeszcze bardziej pogłębia strach i niedowierzanie mieszkańców. Będziesz w stanie wniknąć w umysł kogoś, kto znęca się nad czystą i nieskalaną istotą? Ja wniknęłam i poczułam ten sam strach, co Nevada.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Oficynka.
6/6

poniedziałek, 21 listopada 2011

"Wycieczka na tamten świat" Anna i Siergiej Litwinowie


Mówi się, że wypadki chodzą po ludziach. I książka „Wycieczka na tamten świat” pokazuje, że to trafne określenie. Tania Sadownikowa rozpoczęła swój urlop od pobytu w luksusowym hotelu wraz z przyjacielem Niemcem. Oczywiście opływa w dostatki, niczego jej nie brakuje, ale w końcu stwierdza, że chce przeżyć przygodę. I pojechała na skoki ze spadochronem. W samolocie poznaje Dimę, dziennikarza, dla którego jednym największym marzeniem jest napisać artykuł, ale nie zwykły, taki, który przyniósł by mu sławę. Obydwoje przeżyją wielką przygodę wraz z Igorem, mężczyzną tajemniczym, z niesamowitą pamięcią i zapalonym karciarzem. Cała trójka zmuszona jest uciekać, po tym, jak zostali oskarżeni o spowodowanie wybuchu w samolocie.

I o to na ich ogonie siedzą nie tylko służby rosyjskie, ale i gangsterzy. W tym wszystkim znajduje się też miejsce dla tajemniczego brylantu z XVIII w. Jego historia w dużej mierze ma wpływ na fabułę książki. Dlaczego doszło w samolocie do wybuchu? Kim jest tajemniczy Iwan? Jakie przygody trójka bohaterów spotka na swojej drodze? 

„Wycieczka na tamten świat” to opowieść sensacyjna. Czytelnik ma wrażenie jakby oglądał film. Nie chodzi tu jedynie o jakieś określone sceny z książki – choć pościgi mogłyby się tutaj zaliczać. Jednak w tej kwestii największą rolę odegrała strona techniczna. Każdy rozdział pisany jest ze stron różnych bohaterów. Nie mamy więc tutaj jednego prowadzącego wątku, choć najbardziej rozbudowany jest zdecydowanie ten, który ukazuje nam podróż głównych bohaterów.

To, co mi się w książce podobało to postacie. Są mocno zarysowane, charakterystyczne i ciekawe. Tania nie jest mi szczególnie bliska. Ot po prostu kobieta, która podoba się mężczyzną, wie jak to wykorzystać, ale do tego jest też zabawna. Dima jest poszukującym sensacji dziennikarzem, który ma nadzieję rozpocząć w końcu swoją karierę. Ale najciekawszy według mnie jest karciarz Igor. Ma niejasną przeszłość, jest intrygujący od początku. Jego smutna opowieść wzruszyła mnie i sprawiła, że polubiłam go jeszcze bardziej. Jest zawzięty, ale do tego ma coś w sobie, przez co można go od razu polubić.

Nie podobało mi się to, że cała historia była niesamowicie rozstrzelona. Choć fabuła jest ciekawa, sama konstrukcja nie przypadła mi do gustu. Książkę czyta się lekko, przyjemnie i niewiarygodnie szybko. Napięcie początkowo jest stonowane, by później tylko rosnąć, podsycając w czytelniku chęć odkrycia zagadki. Akcja otacza nas z każdej strony. Nie ma tutaj chwili na odetchnięcie, zastanowienie się nad tym, co się dzieje. Czytelnik jest w ciągłym ruchu wraz z bohaterami.

„Wycieczkę na tamten świat” czyta się jak dobry kryminał. Choć nie brak też w nim humoru.

„-Panowie, mam dla was dwie wiadomości – powiedziała Tania. – Dobrą i złą. Od której zaczać?
- Od złe – powiedział Dima.
- Paliwo nam się kończy.
- A dobra wiadomość.
- W samolocie są trzy spadochrony.
Przyjaciele wybuchnęli niepohamowanym śmiechem. „
Str. 288

Książkę polecam miłośnikom niestandardowych kryminałów, o wielowątkowej fabule, humorze i ciekawych postaciach. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Oficynka.
4/6

czwartek, 17 listopada 2011

"Włoskie sekrety" Małgorzata Yildirim

„W malowniczym Sorrento czekała na nią miłość i rodzinna tajemnica, którą jej ciotka wolała zachować aż do śmierci.”

Są książki, które od razu po przeczytaniu odstawia się na półkę i więcej do nich nie wraca i są takie, które od pierwszy stron przyspieszają bicie serca i nigdy się o nich nie zapomina. Ja zaliczam „Włoskie sekrety” zdecydowanie do tej drugiej kategorii. 

Miranda Powell to młoda kobieta, amerykanka, która dowiaduje się, że po śmierci ukochanej ciotki, Agnes, otrzymała w spadku niebagatelną sumę pieniędzy oraz dom we włoskiej miejscowości Sorrento. Rodzina zszokowana najpierw faktem, iż kobieta zostawiła testament, jeszcze bardziej dziwią się, że prawie cały swój dobytek zostawiła właśnie Mirandzie. 

Tak też zaczyna się największa życiowa przygoda głównej bohaterki, bo oto Miranda zostawia pracę w jednym z lepszych muzeów w Bostonie i postanawia wyjechać do Włoch. Rodzina nie jest zachwycona tym pomysłem, szczególnie siostra Mirandy, Katie. Jednakże górę bierze serce, które podpowiada Mirandzie, że to będzie krok, który w końcu zmieni jej szarą rzeczywistość w ekscytującą podróż do miejsca, w którym Agnes niegdyś mieszkała. Bohaterka dowiaduje się, że w owym domu ciotka przeżyła ciężkie chwile, które odcisnęły piętno na jej dalszym życiu.

Dom przepisany dla niej w spadku, mianowicie Villa di Rosa, to okazała willa, którą od dłuższego czasu zajmowała się rodzina Gardionich – Julianna i Matteo. Miranda zaprzyjaźnia się z nimi i z biegiem czasu zaczyna czuć się we Włoszech jak w domu. Poznaje też tajemniczego mężczyznę, właściciela klubu w Sorrento, Rafaela Silvano – bożyszcze kobiet. Miranda na początku nie potrafi nazwać swoich uczuć ani przyznać się do nich, choć całe życie czekała na prawdziwą miłość. 

„Nie sądzę, że to najlepszy pomysł. – Z jakiegoś powodu, którego nie znałam, słowa z trudem przechodziły mi przez gardło.
Mój rozbiegany wzrok nigdzie nie chciał zatrzymać się na dłużej, a Rafaela omijał z premedytacją.
Nie spuszczając ze mnie wzroku, wyjął mi szklankę z dłoni.
- Zostań… - powiedział kuszącym tonem, po czym chwycił mnie w objęcia.”
Str. 178.

Mimo że początkowo planowała sprzedać posiadłość, z czasem coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że przed podjęciem decyzji koniecznie musi poznać prawdziwą historię cioci Agnes, by raz na zawsze uporać się z przeszłością. Okazuje się jednak, że ktoś definitywnie nie chce, by prawda wyszła na jaw. Życie Mirandy znajduje się w niebezpieczeństwie. Jak potoczy się historia? Czy Mirandzie uda się odkryć to, co tak długo skrywało się w mroku? Kto okaże się sprzymierzeńcem, a kto wrogiem?

„Włoskie sekrety” to książka napisana niebanalnie i przemyślanie. Autorka powoli wprowadza nas w świat bohaterów, początkowo dając skrawki informacji, które z czasem układają się w całość. Opisy oraz zgrabne dialogi, a także ukazanie Włoch utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że pozycja ta ukazuje duży kunszt i umiejętność posługiwania się piórem przez autorkę. Przez strony wręcz się biegnie, by jak najszybciej dociec kto, gdzie i dlaczego. Nie można się od niej oderwać i co najważniejsze – nie można się oprzeć.

Postacie są zarysowane dość mocną kreską. Miranda, która początkowo zachowywała się powściągliwie, robiła wszystko, czego żądali od niej rodzicie, po przyjeździe do Włoch zaczęła postrzegać, że takie zachowanie tylko jej szkodzi. Dopiero tutaj, z dala od rodziny i domu, poczuła się w pełni wolna, zaczęła myśleć o tym, czego sama pragnie. Od razu polubiłam też rodzinę Gardionich. Ich otwartość i serdeczność typowa do Włochów jest wręcz zarażająca. Agnes, która w sumie była obecna jedynie we wspomnieniach i przemyśleniach bohaterki i na mnie pozostawiła swoje odbicie. Czułam, że to kobieta, która powinna otrzymać swoją kropkę dla zdania, taką, jaką chciała. Los jednak nie oszczędził jej przeżyć. Poza tym sama postać Rafaela jest niesamowicie ciekawa. 

„Włoskie sekrety” to książka, która wciąga od pierwszego zdania. I nie puszcza. Z kartki na kartkę robi się coraz ciekawiej, coraz bardziej tajemniczo, a autorka z premedytacją przetrzymuje czytelnika w oczekiwaniu. Z czystym serce ją polecam każdemu – i kobietom i mężczyznom, bo można w niej znaleźć wiele wartości. Nie jest to jedynie literatura typowo kobieca. Bo mamy tu nie tylko miłość i wiarę w szczęście, ale też mrok i tajemnice, niebezpieczeństwo – czyli coś, co każdemu powinno przypadną do gustu. Ja w to wsiąkłam, kolej na was.

6/6

Stosikowo listopadowo

A więc widziałam, że to taka nawet tradycja na blogach recenzenckich pokazywać własne zdobycze :) Uważam, że to fajna sprawa i stwierdziłam, że sama podzielę się z wami ksiązkami, które w niedługim czasie mam zamiar zrecenzować. A oto i one :
I od góry:
1. Małgorzata Yildirim - Włoskie sekrety - prezent. Jestem w połowie i jest niesamowita. A recenzja powinna się jutro znaleźć na blogu.
2. Krzysztof Maciejewski - Osiem - również prezent, z czego jestem bardzo zadowolona.
3. Anna i Siergiej Litwinowie - Wycieczka na tamten świat - do recenzji od wydawnictwa Oficynka.
4. Ewa Ostrowska - Kamuflaż - do recenzji od wydawnictwa Oficynka.
5. John Ortberg - Ja, którym chcę być - do recenzji od wydawnictwa Esprit.
6. Panos Karnezis - Klasztor - do recenzji od wydawnictwa Replika.
7. Ewa Zadara - Przepis na łapanie motyli - do recenzji od wydawnictwa Replika.

Zapowiadają się ciekawe lektury :) A wy co teraz czytacie?
I wysyłam wam trochę ciepła na te zimne już i mroźne dni.

środa, 16 listopada 2011

"Kuszące zło" Keri Arthur


Tyle osób zachwalało „Kuszące zło”, że sama nie mogłam się nie skusić i nie przeczytać tej książki, mimo że wcześniejszych dwóch części, niestety, nie miałam w rękach. Co jednak w tym wszystkim jest najdziwniejsze, to fakt, że nawet mi to nie przeszkadzało. Keri Arthur popełniła cykl Zew Nocy, który już teraz mogę zaliczyć do jednych z moich ulubionych.

Otóż historia dzieje się w Melbourne w Australii. Riley przechodzi specjalny trening, przygotowujący ją do otrzymania zaszczytnego miana strażnika. Problem w tym, że Riley nie chce nim zostać. Teraz ma ważniejsze rzeczy na głowie, ponieważ do spełnienia jest pewna trudna, niebezpieczna i niesamowicie ryzykowna misja, w którą Riley brnie całą sobą. Musi dostać się do pewnego pilnie strzeżonego pałacu rozkoszy, w którym przebywa Deshon Starr – osobnik straszny, odrażający i szalony. Co gorsze, zajmujący się genetyką, a mianowicie tworzeniem potworów poprzez mieszanie DNA. Riley musi poradzić sobie nie tylko z nim, ale też z własnymi uczuciami, bo o jej względy zabiega wampir, który nie ma zamiaru odpuścić oraz seksowny wilkołak, który również nie chce ustąpić pola. I co ma zrobić kobieta? Co się stanie w rezydencji Starra? 

Powiem szczerze, że byłam niesamowicie ciekawa tej pozycji i nie zawiodłam się. Nie brakowało mi w niej czego. Mimo że wielu rzeczy nie rozumiałam z powodu braków wcześniejszych pozycji, uważam, że książka jest świetna. Powaliła mnie od samego początku. Pisanie w narracji pierwszoosobowej ma swoje plusy i minusy. Ja zazwyczaj takowych unikam. Zazwyczaj, bo zdarzają się książki, w których owa narracja jest wręcz niezbędna. Tak samo jest tutaj. Świat opisywany oczami Riley jest mieszaniną akcji i seksu. A na dodatek barwny i ciekawy – nie nudzi, nie nuży, wręcz przeciwnie, aż prosi się o więcej. Ale o tym zaraz.

Po pierwsze podobały mi się nie nachalne, że tak powiem, opisy. Autorka bardzo dobrze potrafi wyważyć szalę, żeby nie zmęczyć czytelnika. Książkę czyta się na jednym tchem. Ja nie mogłam się oderwać i wertowałam kartki z wypiekami na twarzy. 

Akcja toczy się równomiernie – nie jest ani za szybka, ani za wolna. Głównym walorem książki są ciekawe, niekiedy humorystyczne dialogi oraz pikantne sceny erotyczne. Muszę przyznać, że trudno jest opisać akt seksualny, żeby nie wyszedł pretensjonalny, albo co gorsza odrzucający. Tutaj nadawały książce swoistego unikalnego charakteru. Nie były wymuszone. Mi się wydawało, że są raczej na miejscu, takim odpowiednim. Sama Riley zresztą jako wilkołak miała niesamowicie mocny popęd seksualny, a sam akt opisywany przez nią samą sprawiał, że serce przyspieszało mi mocniej. Dobrze dobrane słowa. To podstawa.

To, co mnie zastanawiało to związek między Riley a Quinnem. Wydaje się, że są ze sobą związani nie tylko na płaszczyźnie seksualnej, ale ich interakcje wchodzą coraz głębiej, w coraz intymniejsze miejsca. W dusze. W serca. Jestem niesamowicie ciekawa jak to zostanie poprowadzone dalej, bo między nimi istnieje takie przyciąganie, że chętnie widziałabym ich jako parę. I sądzę, że nawet Riley, która opiera się monogamiczności i chce mieć wiele partnerów, w końcu zorientuje się, że Quinn nie jest dla niej jedynie seksualną maszyną, a kimś, z kim mogłaby dzielić uczucia.

„Kuszące zło” to książka, która zostawiła we mnie niezapomniane wrażenia. Już teraz mogę stwierdzić, że sięgnę po wcześniejsze części i następne. Autorka kupiła mnie akcją, kupiła mnie opisami i ciekawymi postaciami. Kupiła mnie też niebanalnym pomysłem. Niektóre sceny z tej książki były straszne. Chociażby humanoidalne motyle atakujące kobietę. Niektóre były ciekawe. Inne gorące. Jednak z pewnością zostawiły we mnie jakiś ślad. Pozycję polecam z czystym sercem tym, którzy mają dość świecących się w słońcu wampirów i grzecznych dziewczynek, a chcieli by w końcu dostać pikantną i niekiedy krwawą mieszaninę dobrej książki.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.
6/6

poniedziałek, 14 listopada 2011

"Zakład o miłość" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Agnieszkę Lingas-Łoniewską spotkałam kiedyś na pewnym forum. Tam też po raz pierwszy zaznajomiłam się z jej twórczością. Jeśli powiem, że tamte opowiadania zyskały rzesze fanów, to może być to małe niedopowiedzenie. Teraz po raz pierwszy trzymałam w dłoniach pełną książkę Agnieszki. I najpierw zachwyciłam się okładką, później resztą. Ale do rzeczy.

Sylwia Kujawczak to studentka historii sztuki, pochodząca z arystokratycznej rodziny, która posiada pewne tradycje. Za dwa tygodnie ma wyjść za mąż. Wszystko układa się pomyślnie do czasu, gdy na jej drodze nie staje on – Aleks. Mężczyzna z przeszłością, szorstki i zimny. Sylwia poznaje go na własnym wieczorze panieńskim i od początku czuje z nim dziwną, niewytłumaczalną więź.

Obydwoje wpadają w różne sidła – ona samej siebie, on początkowo zakładu. Obydwoje borykają się z trudnymi decyzjami, które mogą zaważyć na dalszym życiu. Na pewnym etapie muszą się zdecydować czego tak naprawdę pragną, czego oczekują od siebie nawzajem i czy warto jest zostawić to, co do tej pory mieli. Sylwia od zawsze podążała w ślady, które wytyczyła jej rodzina, nie zastanawiając się nawet, że może postąpić inaczej. Zrobić coś dla siebie. On był draniem, dla którego kobiety to tylko przygody seksualne. Co się stanie, gdy się spotkają? Czy los spłata im figla, czy raczej pokieruje na dobre tory? Czy odnajdą w sobie siłę, by pielęgnować miłość?

Ja przeczytałam książkę niesamowicie szybko i jeszcze szybciej zatopiłam się w jej fabułę. Nie mogłam czasami pojąć zachowań Sylwii i Aleksa. Tak jakby coś we mnie krzyczało, że powinni postąpić inaczej. W książce nie brakuje ciekawych postaci, którzy mają wpływ na otoczenie głównych bohaterów. Szczególną sympatią zapałałam do ciotki Sylwii, Eugenii. Starsza kobieta, która posiada już pewne doświadczenie życiowe pomaga młodszej kobiecie w próbie odnalezienia odpowiedzi. Nie jest taka jak jej rodzice. Nie ocenia, nie osądza. Wręcz przeciwnie. Namawia do tego, by przeżyła życie po swojemu, bo tak powinno być. Drugą postacią jest młodsza siostra Aleksego, Martyna. We mnie wzbudziła natychmiastową sympatię i za każdym razem, gdy pojawiała się na kartkach książki czułam niesamowite ciepło. Szczerą niechęcią darzę ojca Aleksego i Sylwii. Rodzice, którzy powinni być oparciem dla pociech, w tym wypadku próbują zrobić z nich swoje podobieństwo – tyle że złe.

„Zakład o miłość” jest nie tylko opowieścią o miłości kobiety do mężczyzny. Pokazuje też miłość braterską, która pokonała niechęć, złość a nawet nienawiść. Pokazuje też, że nawet najgorsze uczynki, które może w życiu popełnić, dzięki miłości mogą być nam wybaczone. Miłość jest tutaj zapalnikiem. Od niej się zaczyna i na niej kończy. Z nią się rodzimy i z nią umieramy, jeśli znajdziemy osobę, która zechce nam w tej drodze towarzyszyć.

-Sylwio, kocham cię. Całym sobą. Całym swoim nienauczonym miłością sercem. Całą swoją pokręconą głową. I całą swoją egoistyczną duszą.
Str. 126

Książka pokazuje też, że nawet ci, którzy nie zaznali w życiu ogromu miłości ze strony rodziców, rówieśników, kogokolwiek, mogą ją odnaleźć. Mogą się jej nauczyć, jeśli tylko będą chcieli. Jeśli uda im się przełamać własne bariery. Tak jak udało się to głównemu bohaterowi. Wiara w miłość pozwala nam unieść się ponad własne pragnienia, ponad egoizm, ponad wszystko. Dzięki niej patrzymy inaczej na siebie i świat. I co najważniejsze, dzięki niej stajemy się nową, lepszą osobą.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Novae Res.
5/6

piątek, 11 listopada 2011

"Pałac z lusterkami" Anna Pasikowska


Anna Pasikowska to pisarka, która mieszka w Szczecinie. Jako że studiuję w tym samym mieście, czytając jej książkę „Pałac z lusterkami” nachodziły mnie momenty głębszego sentymentu. Wiadomo – gdy ktoś opisuje miejsca, które odwiedzamy lub mijamy wywołuje to w nas przemyślenia.
 
Tytułowy „Pałac z lusterkami” to autentyczna stara poniemiecka willa mieszcząca się w spokojnej części Szczecina. Dom ten należy do arystokratycznej rodziny Wysocickich. Zrządzeniem losu w pociągu na trasie Warszawa-Szczecin główna bohaterka, Honorota, poznaje jednego z członków rodu, Andrzeja. Od razu czuje, że jest to człowiek godny zaufania. Kobieta decyduje się przełamać bariery i opowiedzieć mu o swoich tragicznych losach. Nie wie, że ta podróż na zawsze zmieni jej życie.

Samotna matka wraz z córką, Małgosią, już nie długo ma zamieszkać w willi, którą podziwiała, gdy jeszcze była małą dziewczynką. Pan Andrzej zaproponował jej pracę i dach nad głową. Honorata nie mogła odmówić, nie tylko ze względu na siebie, ale szczególnie ze względu na własną córkę. Chciała zapewnić jej dzieciństwo, którego sama nie miała. Z własnymi rodzicami nie utrzymywała kontaktu, a po tragicznych przejściach, które miały miejsce w dzień narodzenia się córki, nie miała nikogo. Przyjmuje więc propozycje i staje się osobistą rehabilitantką żony Andrzeja, Agaty. Co się wydarzy w domu z lusterkami? Kogo na swojej drodze jeszcze spotka Honorota? Czy będzie szczęśliwa? I czy w jej życiu ponownie zagości miłości?

„Pałac z lusterkami” to ciepła historia o tym, jak odbudować swoje życie. Główna bohaterka doznała wielu krzywd, które zaważyły na jej dalszych losach w mniejszym lub większym stopniu. Dla córki próbuje odzyskać swoją siłę i spokój, mając nadzieję, że uda jej się stworzyć dla pociechy dom, szczęśliwy dom. 

Jak sama autorka powiedziała, lubi tworzyć bajki. I ta książka jest bajką. Bajką, która może zdarzyć się w realnym życiu. Bo o to mamy kobietę, która może uchodzić za księżniczkę. Zresztą, gdy była mała i przechodziła obok świecących się lusterek myślała o tym, że w tym domu zdecydowanie mieszka księżniczka. Mamy też dobre wróżki i królewicza. Jest bal. Brakuje tylko zgubionego pantofla. Ale to nie jest istotne. Ważne jest to, że na końcu drogi, którą podąża Honorata czeka ją wiele niespodzianek, ale też szczęścia. Bo wiara w to, że wszystko skończy się dobrze, jest potrzebna nie tylko jej.

Autorka kreuje ciekawe postacie. Moją zdecydowaną ulubienicą jest starsza kobieta, Helena, miłośniczka samochodów. Jest osobą ekscentryczną i zabawną, barwną ale na tyle realną, że nie sposób jej nie polubić. Jej historia jest chyba bardziej tragiczna niż głównej bohaterki, jednak mimo tego nie zatraciła w sobie woli walki i tego próbuje nauczyć Honoratę.

„Pałac z lusterkami” to powieść dla kobiet o kobiecie. Powieść, która ma na celu zasiać w nas nadzieję, że nie wszystko jest stracone. Że nawet najtragiczniejsze koleje losu nie powinny zatrzeć w nas radości życia. Że powinniśmy walczyć o swoje. I powinniśmy kochać. Bez tego będziemy puści. Skazani na zagładę. A co najważniejsze – nie powinniśmy bać się uczuć.

4/6

niedziela, 6 listopada 2011

"Rozdarte dusze" Elaine Coffman

Z twórczością Elaine Coffman miałam styczność przy książce „Branka”. Poznałam choć trochę jej styl i umiejętność manewrowania akcją. Mimo tego, że autorka ta pisuje romanse, nie można ich zaliczyć do grona tych, które się czyta i szybko zapomina.

Teraz miałam możliwość przeczytania „Rozdartych dusz”. Opowieści o miłości Beatrice i Angelo. Ona jest malarką. Swój kunszt rozwijała u boku prestiżowych artystów. Teraz sama mogłaby użyczać cząstki swojego talentu innym. Kocha go od przeszło pięciu lat i nie potrafi o nim zapomnieć. Przybywa do Villa Mirandolla – domu, w którym wychowywała się jej matka, by spotkać się z rodziną oraz, jak skrycie marzyła, z Angelem. On jest wojownikiem w słusznej sprawie. Jako członek tajnego stowarzyszenia narażony jest na niebezpieczeństwo. Kocha swój kraj i oddałby za niego życie. Po tym jak w obronie własnej zabija austriackiego oficera, zmuszony jest opuścić Turyn i udać się do rodzinnego domu. Nie wie, że Beatrice tam jest. I tak samo jak ona o nim nie zapomniała, tak on o niej.

Ich ponowne spotkanie sprawia, że koleje ich losów zostają już ze sobą związane. Ona nie jest już nieśmiałą dziewczyną z przed pięciu lat, on nie jest kobieciarzem i żartownisiem. Odkrywają, że uczucie, które do siebie żywili, nie wygasło, wręcz przeciwnie, wraz ze spotkaniem rozpaliło się na nowo. Nie wiedzą jednak, jak sobie z nim poradzić. Angelo dobrze wie, że ukochana może zostać wzięta na celownik przez jego tajną działalność. Nie chce dopuścić do tego, by stała jej się krzywda. Ona za to nie chce przebywać z dala od niego. I tak pętla się zacieśnia. W końcu pewne zdarzenia sprawia, że zmuszeni są spędzić ze sobą długie dni, uciekając przed austriackimi żołnierzami. Czy w końcu zrozumieją siłę swoich uczuć? Czy uda im się przeżyć? Jaką rolę w tym wszystkim zagra tajemnicza Lisetta? Kim tak naprawdę jest Angelo?

„Rozdarte dusze” to opowieść pełna zwrotów akcji. Nie jest to typowy romans, w którym pierwsze skrzypce gra miłość. Można wręcz przypuszczać, że jest całkowicie odwrotnie. Autorka z wielkim wyczuciem wprowadza nas w realia życia tamtejszych ludzi. Strach przed aresztowaniem, konspiracyjne działania dla dobra kraju, bunty i powstania – to wszystko składa się na niesamowity obraz, w którym patriotyzm okazuje się tak samo ważny, jak miłość.

Nie można się oprzeć wrażeniu, że to właśnie uczucie Angela do Włoch jest motorem napędzającym wszelkie działania w książce. Razem z nim przebywamy na zebraniach, stajemy się osobą, którą podziwiają mieszkańcy. Razem z nim toczymy walki o wolność. Na tle tego wszystkiego rodzi się uczucie – trudne i przeżywające wzloty i upadki, ale na tyle silne, by mogło przetrwać wszelkie kryzysy pojawiające się na drodze.

- Myślę, że lepiej jest przeżywać romantyczne uniesienia, niż kochać. – Odłożyła pędzel. – Miłość! Komu jest potrzebna?
- Tobie, cara, i to bardzo.
- Jeśli to jest propozycja, odmawiam.
Str. 124

Bohaterowie książki zmagają się nie tylko z sytuacją w kraju, ale również z własnymi wewnętrznymi rozterkami. Ich potyczki słowne dodają pikanterii, ale mimo to, nie mogą się od siebie oderwać. Gdy muszą się rozstać, choć na kilka dni, nie mogą tego znieść i szukają sposobu, by móc znowu się zobaczyć.

Kibicujemy im. Mamy nadzieję, że poradzą sobie. Bo wszystko powinno kończyć się happy endem. Bez niego, bez tej magii towarzyszącej przy czytaniu, bez wiary w to, że życie, które stawia na naszej drodze kłody, w końcu sprawi, że będziemy mogli być szczęśliwi – jesteśmy jedynie skorupą. Pustą skorupą. Dopiero te wszystkie emocje i uczucia wypełniają nas po brzegi – dopiero wtedy, jesteśmy jednością. I tego życzę bohaterom. Ja wiem, jak to się skończyło. Wy możecie się tego dowiedzieć.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Mira.
 5/6

piątek, 4 listopada 2011

"Jej mężczyźni" Małgorzata Napierajowa


Trochę czasu minęło, nim wzięłam tę książkę do ręki. Nie wiem czy to przez to, że inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami, czy tym, że te wydarzenia są na tyle ciężkie, że obciążają na całe życie. W końcu jednak podjęłam decyzję i zaczęłam.

Główna bohaterka książki, Marysia Pietkiewicz, w wieku piętnastu lat zostaje brutalnie zgwałcona. Od tego czasu jej relacje z mężczyznami zostają napiętnowane tamtym doświadczeniem. Nie stoi to jednak na przeszkodzie w zbudowaniu szczęśliwej rodziny. Marysia zostaje żoną i matką dwóch wspaniałych synów. Nie chciałabym za dużo szczegółów zdradzić, więc jedynie napomknę, że ich przyjście na świat jest bardzo ciekawe.

W każdym razie wszystko układa się po jej myśli, dopóki nie umiera jej mąż. Wtedy całe jej życie zostaje wywrócone do góry nogami, a ona sama musi uporać się z myślą, że już go nie zobaczy. Mimo tragedii, potrafi odnaleźć w tym drogę, którą chciała podążyć już dawno temu. Tym samym, Marysia rozpoczyna nowy etap.

„Jej mężczyźni” to ciepła opowieść o rozterkach, o bólu i cierpieniu, o miłości i nadziei na lepsze jutro. Tragiczne wydarzenia, których ofiarą była główna bohaterka są początkiem lawiny zdarzeń, które prowadzą je przez wyboistą drogę. Nie wie, że na końcu czeka na nią szczęście. Czytając tę książkę, ma się wrażenie, że wszystko jest w stanie się odmienić. Nic nie jest wieczne.

Napierajowa w pięknym stylu prowadzi nas przez życie Marysi. Powoli, opisując nam zdarzenia pełne humoru i te, które wywołują w nas łzy. Szczególnie podoba mi się to, że książka jest „prawdziwa”. To, co się w niej znajduje możemy równie dobrze odnieść do samych siebie. Symbolicznie czy metaforycznie – każdy z nas odnajduje w niej cząstkę siebie. Pragniemy miłości poczucia bezpieczeństwa, pragniemy szczęśliwej rodziny i spokojnego życia, pragniemy spełniać własne marzenia. Czasami strach przed nimi staje się siłą napędową, czymś, co pozwala nam wyzwolić w sobie pokłady energii, o którą byśmy się nie podejrzewali.

Opowieść o Marysi i „Jej mężczyznach”  pokazuje nam, że mimo ciężkich przejść, możemy znaleźć siebie. Możemy kochać i być kochani. Możemy się spełniać. Możemy być sobą i nie wstydzić się tego.
Co najważniejsze, powinniśmy wierzyć. I tą wiarą zarażać innych. Przecież w życiu o to właśnie chodzi – o znalezienie własnego miejsca, komfortowego, takiego, w którym czujemy się bezpiecznie. Takiego, którym chcemy dzielić się z innymi. I tak jak ja, wraz z Marysią, przeżywałam wszystko, co się jej przytrafiło, tak ty czytelniku, jestem pewna, odnajdziesz tutaj coś dla siebie. Może to być cokolwiek .

„Jej mężczyźni” to pozycja dla tych, którzy pragną odrobinę magii – nie tej fantastycznej, ale życiowej. Magii, która sprawia, że wierzymy w dobre zakończenia.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

5/6

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...